Nowa książka Olgi Tokarczuk
Nowa książka Olgi Tokarczuk
Zapraszamy do zapoznania się z kilkoma refleksjami prof. Andrzeja Małkiewicza, członka Rady Naukowej „Legnickiego Almanachu”, o najnowszej książce Olgi Tokarczuk „Świata jest za dużo”.
Andrzej Małkiewicz
Nowa książka Olgi Tokarczuk
14 października byłem na spotkaniu autorskim z Olgą Tokarczuk w Hali Stulecia, zatytułowanym ambitnie: „Światowa premiera powieści Olgi Tokarczuk «Świata jest za dużo»”. Przyszło 4200 osób – jak widać mieszkańcy Wrocławia cenią Noblistkę, choć były też liczne osoby spoza miasta. Autorka mówiła pięknie o książce i o sobie, książkę można było kupić w kuluarach, Autorka po spotkaniu podpisywała – ja nie skorzystałem.
Tytuł jest intrygujący. I taki powinien być, bo trywialne tytuły już się wyczerpały. To książka o mieszkańcach dwóch miast – Wałbrzycha i Wrocławia – w przełomowym momencie dziejów, w latach 1945-46, choć nie brak odwołań i do czasów wcześniejszych, i późniejszych. Wśród postaci pojawia się kilka osób żyjących tu przed wojną, ale najliczniejsi są powojenni przybysze. To dla nich „świata jest za dużo”. Wyrwani z sennego, ale zrozumiałego dla nich życia na zapyziałej prowincji – w Drohobyczu, Stryju czy w podkieleckiej wsi – zmaltretowani doświadczeniami wojny, rzuceni przez los na Dolny Śląsk, muszą nauczyć się funkcjonowania w nowej rzeczywistości, w obcym dla nich krajobrazie, wśród odmiennych uwarunkowań. Tego wszystkiego nie pojmują, ale nie mają wyboru – wrzucono ich w sytuację, z którą muszą się jakoś uporać.
Powstało już wiele tekstów, czy to wspomnieniowych czy literackich, o takich ludzkich dramatach, Tokarczuk – jak zwykle – ogarnęła temat z niezwykłym talentem.
O ile temat nie jest nowatorski, choć świetnie ujęty, to forma ma intrygujące, nowatorskie cechy. Tradycyjnie w powieści występował narrator – na ogół wszystkowiedzący, którym – co zdawało się oczywiste – był autor. Tokarczuk rozdzieliła te funkcje, nie ona pierwsza, ale o ileż ciekawiej od poprzedników! Pojawiają się narratorzy, właśnie w liczbie mnogiej, którzy wiedzą wiele, choć nie wszystko, a intrygują czytelnika niedopowiedzeniami. Przytoczę przykład: „Wiemy o czym myśli. Nie chcemy wiedzieć, o czym myśleć nie chce. Ale nie oprzemy się pokusie, aby i o tym czasem wam opowiedzieć” (s. 22).
Niekiedy narratorzy w tej książce wypowiadają się jak Sztuczna Inteligencja, gdyby miała uczucia – których jak wiadomo nie ma, choć potrafi je imitować. Znów cytat: „Przyglądamy się szeleszczącym kartkom, które przewraca niejaki Jakimski, widzimy wyraz jego twarzy. […] My, nieurodzeni, spoglądamy przez nie na słowa i nawet pojedyncze litery, ale nie umiemy ich przeczytać tak, żeby poruszyły nasze puste wnętrze. […] Jesteśmy zaledwie małą możliwością. […] Jakaż to strata – przez te eony lat moglibyśmy przeczytać wszystkie biblioteki świata i urodzić się od razu gotowymi, mądrzejszymi o całą wiedzę poprzednich pokoleń. Dlaczego nikt o to nie zadbał?” (s. 660-661). Tak mogliby mówić dawni babilońscy bogowie lub właśnie AI. Już się czepiano Tokarczuk, że korzysta ze Sztucznej Inteligencji, ona temu nie zaprzecza, tyle, że nie używa jej, ale z nią współ-czuje!
Jeszcze inny interesujący zabieg Autorki to personifikacja opisywanych przedmiotów. Jak się czuje młynek do kawy w ręku nowego użytkownika? A domy, do których wprowadzili się nowi mieszkańcy? Pytano już o to wielokrotnie, tyle, że z ludzkiej perspektywy. Jej odwrócenie pozwala odsłonić całkiem nowe aspekty.
Zakończę cytatem z początku książki, o przeżyciach bomby spadającej na Wrocław w 1945 r.: „miasto z góry wyglądało na struchlałe ze strachu, próbowało zamaskować się nieudolnie pod dachami przysypanymi śniegiem, kreski ciemnych ulic dawały niebu jakieś znaki, mętne SOS, chaotyczne i bez konkretnego adresata. […] Lecąc w dół bomba widziała coraz więcej, potrafiła już odróżnić ruiny od wciąż stojących budowli, połyskującą wstęgę rzeki od brukowanych ulic, nagie o tej porze parki od desperacko budowanego w sercu miasta lotniska” (s. 11-12). Przejęta tym widokiem bomba nie wybucha: „Zapalnik zdrętwiał ze zgrozy i się zaciął”.
Wygląda to na opis czysto literacki, piękny, choć straszny. Ale, jak sądzę, to więcej niż tylko literatura. Tokarczuk wyczuwa już nową rzeczywistość, jeszcze straszniejszą! Dziś rakiety i bomby szybujące wyposażone są w Sztuczną Inteligencję, która rzeczywiście widzi cele, które ma zniszczyć – choć w sposób inny niż ludzie.
Do takiej właśnie bomby już przed kilku laty modlił się papież Franciszek: „Najdroższa rakieto […] Nie wybuchaj […] Mówią, że jesteś inteligentna. Okaż więc większą mądrość od tych, którzy cię wystrzelili” (Papież Franciszek [Jorge Mario Bergoglio], Nadzieja. Autobiografia, tł. Anna T. Kowalewska, Warszawa 2025, s. 296).
Bomba w powieści Tokarczuk okazała mądrość, nie wybuchła.
Jesteśmy spadkobiercami postaci opisanych przez Noblistkę. Używamy niekiedy podobnych sprzętów, domów, chodzimy tymi samymi ulicami. Pokazała w intrygujący sposób ludzi z przeszłości, a może też i ułamki możliwej przyszłości.
To jej kolejna książka, która nie przejdzie bez echa!
Olga Tokarczuk, Świata jest za dużo, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026, ss. 684.
